poniedziałek, 27 marca 2017

Między konsumpcjonizmem a minimalizmem

Od wielu miesięcy zabierałam się do napisania tego wpisu, bo też od wielu miesięcy czułam się rozdarta. Rozdarta pomiędzy chęcią posiadania, napędzaną reklamami, wpisami sponsorowanymi na blogach, czy zachęcającymi zdjęciami a chęcią posiadania mniej, wyzbycia się ogromu rzeczy, który bardziej mnie męczył, niż sprawiał mi radość.



O tym, że współczesny świat jest pełen sprzeczności, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Żyjemy jednak jakoś sprytnie manewrując między tymi sprzecznościami nie myśląc nawet o nich zbyt wiele. Mnie jednak od dłuższego czasu męczyło swoiste rozdarcie pomiędzy chęcią wyzbywania się rzeczy, a potrzebą ciągłego ich kupowania. To rozdarcie sprawiło, że naprawdę dogłębnie przyjrzałam się sobie, ale i innym. Przekonałam się, że z takim problemem boryka się naprawdę wielu ludzi, co pewnie przekłada się na to, że minimalizm staje się coraz bardziej modny.

Nie jestem minimalistką
Nie mogę nazwać się minimalistką. Pomijając jakieś skrajne przypadki, gdzie słyszymy o tym, że ludzie żyją w niemal pustych domach, nie jestem w stanie nawet zbliżyć się do stanu, kiedy uznam, że sześć szklanek i jedna patelnia to dla mnie ilości wystarczające. Nie jestem też w stanie zminimalizować ilości posiadanych przeze mnie ubrań do kilkunastu, ani nawet kilkudziesięciu sztuk. Powiem więcej, jestem wręcz typem chomika, któremu ciężko się z czymkolwiek rozstać. Rzeczy wiążą się dla mnie ze wspomnieniami, których nie chcę się pozbywać. Ten stan rzeczy nie przeszkadzał mi dopóki mogłam wszystko pakować i wywozić na strych domu babci, gdzie rzeczy te leżały zazwyczaj już nigdy nieprzeglądane, ale równocześnie dawały mi wewnętrzny spokój i poczucie, że zawsze mogę do nich wrócić. Aż tu nagle dom miał zostać sprzedany, a na strychu zalegały rzeczy należące do trzech pokoleń mojej rodziny. Nie byłam w stanie zabrać wszystkiego do mieszkania, w którym i tak wiecznie brakuje na coś miejsca. To był moment, w którym musiałam coś zmienić.

Zaczęłam od książek
Przeczytałam sporo książek o minimalizmie. Sięgając po "Minimalizm daje radość" naiwnie sądziłam, że ta książka zrewolucjonizuje moje życie i da mi konkretne recepty na rozprawienie się z rzeczami. "Chcieć mniej. Minimalizm w praktyce" miał mi dostarczyć kolejnych rad. A po przeczytaniu tych książek uporanie się z nadmiarem rzeczy miało być proste. Oczywiście pozbyłam się dużej części rzeczy, bo nie miałam innego wyjścia, ale co tylko się dało poupychałam u siebie w mieszkaniu i w piwnicy rodziców. Książki, choć przyjemne do czytania, nie dały mi żadnego kopa, ani nie zrewolucjonizowały spojrzenia na świat. Ja natomiast czułam się jeszcze bardziej przybita. Posiadanie takiego ogromu rzeczy męczyło mnie, a jednocześnie nie potrafiłam ich się pozbyć. Wszystko wydawało mi się albo przydatne albo stanowiło pamiątkę (a dla osoby tak sentymentalnej jak ja wszystko, naprawdę wszystko, może być cenną pamiątką). W czasie tej mojej drogi często natrafiałam na książkę "Magia sprzątania", ale zawsze ją omijałam. Daleko mi było do japońskiej mentalności. Czytając opinie innych czytelników o tym, że autorka tej książki rozmawia z rzeczami i dziękuje swoim skarpetkom utwierdzały mnie tylko w przekonaniu, że to nie moja mentalność. Aż trafiłam na tą książkę na audiotece. Pomyślałam, że przesłuchanie darmowego fragmentu nic nie kosztuje, a pozwoli przekonać się, na czym polega fenomen tej książki. Na darmowym fragmencie oczywiście się nie skończyło.

Magia sprzątania
Przesłuchałam "Magię sprzątania" dwa razy z rzędu. Drugą książkę autorki "Tokimeki" przeczytałam jednym tchem. Pomimo japońskich realiów żadna książka tak do mnie nie trafiła. Przede wszystkim słuchając i czytając te książki, odnosiłam wrażenie jakbym siedziała z Marie jak z dobrą koleżanką i rozmawiała o robieniu porządków. Książka jest pozbawiona wzniosłości i wszechwiedzy. Za to przepełniona jest praktycznymi wskazówkami i argumentami, które przynajmniej do mnie, naprawdę przemawiają. A najpiękniejsze jest to, że pozwala się wyzbyć wyrzutów sumienia. Przekonuje, że nie ma jakieś magicznej liczby wyznaczającej odpowiednią ilość przedmiotów, które wolno nam posiadać. Dla każdego liczba ta jest sprawą indywidualną. Wyznacznik jest jeden - rzeczy, które mamy, mają nam dawać radość. Wydawać by się mogło, że to banalne kryterium. Jednak jak obieraczka do ziemniaków albo odkurzacz mają dać mi radość? Udzielenie sobie samej odpowiedzi na to pytanie zajęło mi trochę czasu, a zdziwienie z odkrytej prawdy było naprawdę ogromne.

Jeśli chcecie dowiedzieć się, jak wyleczyć się z męczącego przywiązania do rzeczy przeczytajcie książki Marie Kondo. A jeśli chcecie się dowiedzieć, jak jej rady udało mi się przekuć na pozbycie się mojego problemu z posiadaniem, odwiedzajcie bloga. Opowiem Wam o tym niedługo.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...