środa, 15 października 2014

15 października - Dzień Dziecka Utraconego

Gdybym nie starała się o dziecko albo nie miałabym regularnych cykli pewnie nawet bym nie wiedziała. Ale się starałam, a cykle były regularne.

Kobiety intensywnie starające się o dziecko, a do takich kobiet należałam, mają zapas testów ciążowych w domu i z trudem walczą z pokusą, żeby nie zrobić jakiegoś gdy tylko okres się spóźnia. Zrobiłam test i zobaczyłam bladą kreseczkę. Nie wiedziałam, czy ona na pewno tam jest, czy może wyobraźnia płata mi figla. Rozsądnie byłoby sprawdzić ponownie po kilku dniach, ale że byłam "staraczką" nie mogłam czekać ani chwili dłużej i zaraz poszłam na betę. Badanie z krwi potwierdziło - byłam w ciąży.



Nie da się opisać tego, co się czuje, gdy po miesiącach starania wreszcie się uda. Rozsadzało mnie od środka. Nie poszłam tego dnia na angielski, zamiast tego odwiedziłam Empik i kupiłam mężowi książkę "Super tata". Powiedziałam mu, gdy wrócił z pracy. Najpierw do niego nie docierało, później zaczął płakać. Nie mogliśmy uwierzyć w nasze szczęście.

Na weekend pojechaliśmy do moich rodziców. Byli przeszczęśliwi. Liczyliśmy, że maluch urodzi się w okolicach urodzin swojego dziadka. Liczyliśmy na zbyt wiele. W południe w kościele prosiłam Boga, żeby miał nasze dziecko w opiece. A po południu zaczęłam krwawić. I jeszcze z jakimiś resztkami nadziei pojechaliśmy do szpitala. Już w Poznaniu.

Najpierw czekanie na badanie. "Nic tu nie widzę. Jest Pani pewna, że jest w ciąży?". "Może Pani powtórzyć betę. Tylko w niedzielę koszt badania będzie podwójny. Chce Pani zrobić, czy przyjedzie Pani jutro rano?". Czekanie na badanie. Czekanie na wyniki, które miały być za pół godziny. Po półtora godziny i dwóch upominaniach się o nie dostałam od lekarza kartkę do ręki. "Proszę poczekać". Beta mniejsza o połowę. I niby wiedziałam, co to znaczy, ale wciąż była jeszcze jakaś nadzieja. Kolejne pół godziny czekania, żeby usłyszeć "beta spadła". Spytałam, czy to oznacza, że poroniłam. "Proszę jutro powtórzyć badanie, a teraz poczekać na wypis i recepty". Kolejne pół godziny. Na wypisie informacja "poinformowano pacjentkę o zaistniałej sytuacji - dokonującym się/dokonanym samoistnym poronieniu". Tyle, że nikt nie wypowiedział tego na głos. Straciłam to dziecko. Tak, dla mnie to było dziecko. Moje wymarzone.

Spędziłam na izbie przyjęć kilka godzin. Kilka godzin w niepewności i przerażeniu. Kilka godzin czekania na to, by przeczytać, że mojego dziecka już nie ma.

Myślę o nim. Myślę o nim jak o chłopcu, o Franku, choć nawet nie planowaliśmy takiego imienia. Zastanawiam się jaki by był, czasem myślę ile już by miał miesięcy. Los zabrał mi jedno, a kilka miesięcy później dał Jagodę. I była to ciąża pełna strachu, żeby sytuacja się nie powtórzyła.

Tracąc dziecko tak wcześnie nie ma społecznego przyzwolenia na smutek. Przecież jego jeszcze "nie było". Czasem słyszałam nawet, że powinnam się cieszyć, bo "przynajmniej wiem, że mogę zajść w ciążę". Albo, że "są większe tragedie, jak np. kobieta rodzi martwe dziecko". Zgadzam się. To jest większa tragedia. To gigantyczna tragedia. Ale każda kobieta, która poroniła, niezależnie na jakim etapie ciąży, powie, że czuje się pustkę. I nawet jeśli nie widziało się jeszcze bijącego serduszka, brzuch nie urósł i nie czuło się kopniaków to mimo wszystko jest pustka i poczucie straty.

11 komentarzy:

  1. U mnie było nieco inaczej.... pozytywny test więc na drugi dzień zrobiłam betę - potwierdziła ciążę. Później wizyta u lekarza, ale widoczny był tylko pęcherzyk. Pełni nadziei na kolejnej wizycie zobaczyliśmy maleńką kropeczkę i bijące serduszko. Ogromna radość, szczęście... na wszelki wypadek dostałam duphaston. Powiedzieliśmy rodzicom itp. Miesiąc pózniej w 10 tc na wizycie okazało się, że dziecko się nie rozwija... serduszko przestało bić... I wtedy świat się zawalił... szpital, łyżeczkowanie....miesiąc wyjęty z naszego życiorysu. Zrobiliśmy badania genetyczne, żeby wiedzieć dlaczego - wykazały wady genetyczne. To była dziewczynka. Czasami jeszcze o niej myślę. Ale los wynagrodził nam wszystko w postaci ślicznej córeczki, która wczoraj skończyła dwa miesiące. Dlatego też przekonana jestem, że zawsze trzeba wierzyć i nie tracić nadziei :):) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że los i Was wynagrodził i teraz obie mamy słodkie córeczki :)

      Usuń
  2. Bardzo trudny temat, nie chcę nawet sobie wyobrażać co musiałaś przeżywać... Oby nigdy więcej nie spotkała Was taka sytuacja.

    OdpowiedzUsuń
  3. Smutne i niesprawiedliwe. Ale gdyby nie to wszystko, nie byłoby teraz Jagodzi. A trudno wyobrazić sobie bez niej życie!

    OdpowiedzUsuń
  4. Temat rzeka. Po urodzeniu martwego dziecka w 6tym miesiącu ciąży świat się dla mnie skończył na jakiś czas. Nie było niczego oprócz łez, smutku i pytania dlaczego.
    Przy kolejnej próbie los "podarował" mi poronienie w 11 tc, embrion się nie rozwijał. I o ile tą stratę przeżyłam dużo dużo łagodniej, to jednak fakt, że to kolejna strata pod rząd bardzo mnie przygnębiał.
    Ciążę z synkiem przechodziłam w stresie, od pierwszej minuty po teście aż do porodu. Czekanie na ruch, czekanie na kopniaka, czekanie na wizytę u lekarza. Pod koniec ciąży znowu się pokomplikowało, stres jeszcze wzrósł. "No kopnij mamusię", "no jescze raz kochanie", "do jasnej cholery, kopnij, już pół godziny nic nie czuję"... Paranoja wręcz. Ale uff, wszystko skończyło się dobrze. Bogu dzięki.
    W czerwcu tego roku niespodziewanie zupełnie wysikałam 2 kreski na teście po raz kolejny. Blade, ale były. Wiem już, że zbytni pośpiech z bieganiem po testy i wydzwanianie do lekarza nie ma sensu. Odczekałam tydzień, przez tą bladość wzięłam kolejny test. I wysikłałam jeszcze większego bladziocha. "A więc to tak, nic z tego nie będzie". No i faktycznie, krwawienie. Smutek? Znikomy. Starałam się znaleźć pozytywną stronę tego, bądź co bądź, niewesołego wydarzenia - to dopiero 5/6 tc.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A no i jeszcze jedno. Moja znajoma, która od lat stara się zajść w ciążę, łącznie z dwukrotnym IVF, powiedziała mi kiedyś "przynajmniej wiesz, że możesz zajść w ciążę. Wolałabym, żeby mi się udało i poronić. Przynajmniej bym wtedy wiedziała, że wszystko ze mną ok". Cóż, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

      Usuń
    2. Pamiętam te myśli, takie jak Twoje "no kopnij, kopnij". Szturchanie brzucha i czekanie na kopniak..

      Usuń
  5. Myślę, że nie ma mniejszej i większej straty. Każda jest ogromna i każda ma prawo przeżywać swój smutek tak, jak tylko chce. Mam nadzieję, że tego typu dni coś zmienią w polskim prawie, które daje matce 7-dniowy urlop na "pozbieranie się" po stracie. Może ktoś nareszcie zobaczy te tysiące osieroconych rodziców.
    Dużo dobra.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To w ogóle jest jakieś 7 dni? Nawet o tym nie wiedziałam.

      Usuń
  6. Ściskam :* Masz rację, nie ma społecznego przyzwolenia na smutek i żal, który nosisz w sobie, bo "za wcześnie, by się rozklejać". U mnie to był chyba 8. tydzień. Tylko mąż rozumiał i pomagał, oboje sobie pomagaliśmy. Kilka miesięcy później byłam już w drugiej ciąży, i to drugie szczęście śpi teraz w łóżeczku.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...