sobota, 19 września 2015

Dlaczego mówię nie zmianom żywieniowym w przedszkolu i szkole?

Miało być dobrze, a wyszło? Jak zawsze. Dzieci z przedszkola/szkoły wracają głodne, a większość posiłków ląduje w wiadrze z resztkami. Jak zawsze zostało zrobione coś "na hura" i choć zamierzenia były dobre mało kto ze zmian jest zadowolony.




Nie są zadowolone dzieci. Przyzwyczajane latami do ziemniaczków z sosikiem, słodkich podwieczorków i słodyczy z okazji każdej możliwej uroczystości, nagle dostają ryż (sklejony i rozgotowany, bez soli!), ugotowane mięso, które jest bez smaku i sparzoną miętę do popicia. A, no i zamiast bułeczki chleb razowy ("Chciałabym jeszcze, ale miękkiego chlebka").

Nie są zadowoleni rodzice. Bo płacą za posiłki, a dziecko czasem nie zje zupełnie nic. Mało to, zdrowe jedzenie to droższe jedzenie, więc wiele placówek podnosi dzienną stawkę żywieniową. Dodatkowo większość z nich sama odżywia się byle jak. Nie chcą, by ich dziecko nagle miało herbatę słodzoną miodem, albo żeby jadło mięso tylko dwa razy w tygodniu.

Nie są zadowoleni nauczyciele. Bo wszelkie skargi rodziców spadają na nich i to oni muszą wysłuchać wszystkich żalów. Pojawiają się też prośby, by dziecko karmić, by zjadło chociaż coś, żeby może poprosić w kuchni o więcej zwykłego chleba itd.

Nie jest zadowolona dyrekcja. Bo z każdej strony docierają do niej głosy niezadowolonych rodziców. W dodatku stawka dzienna jest niewystarczająca, bo koszty produktów są wyższe. Trzeba kombinować, żeby było i zgodnie z nową ustawą i by dzieci cokolwiek jadły.

Nie są zadowolone kucharki. Bo latami gotowały tak samo, miały swoje sprawdzone przepisy, a tu nagle trzeba zmienić niemal wszystko. Brakuje im pomysłów, jak zrobić by było nie tylko smacznie, ale i zdrowo. I każdego dnia ręce opadają, gdy widzą wracające z powrotem nietknięte talerze.

Dlaczego coś, co z założenia jest dobre, nie wypaliło? Sam plan jest ok. Dzieci mają jeść zdrowo. Ograniczyć cukier, sól, ilość smażonego jedzenia. Tylko.. dlaczego wszystko na raz? Dlaczego "ciach"? Od dziś nie ma racuchów, nie ma schabowego, nie ma soczku. Takie zmiany powinny być wprowadzane metodą małych kroków, bo każdy by się zniechęcił do zdrowego odżywiania, gdyby nagle zabronili mu jeść wszystkiego, co lubi.
Kolejna sprawa. Jedynie niewielka część dzieci odżywia się zdrowo w domu. Mało które dziecko jest nauczone, że pije tylko wodę, nie je słodyczy i cieszy się z ryby zrobionej na parze. Rodzice też zamiast wspierać przedszkola i szkoły w nowej misji narzekają, zabierają dziecko do domu na "prawdziwy obiad", a po drodze kupują batona, bo dziecko głodne i nic nie jadło.
Kucharki również nie są przygotowane do nowych realiów. Przydałyby się jakieś szkolenia, jakaś baza ciekawych i zdrowych przepisów. Panie w kuchni wiedzą, czego im nie wolno, ale brakuje im pomysłu na to, jak z tego wybrnąć. Zdrowe jedzenie może być przepyszne, ale trzeba wiedzieć, co z czym połączyć, jaki co ma smak itd.
I ostatnia rzecz - niby ma być zdrowo, ale jednak nie do końca. Bo dlaczego np. dozwolona jest czarna herbata, która na małe dzieci zdecydowanie nie wpływa korzystnie? Czemu na podwieczorek dzieci dostają naładowane cukrem Danonki? Niby zdrowo, ale jednak nie do końca.

Biedne przedszkolaki głodują przez pół dnia w przedszkolu. Starsi uczniowie to już spryciarze. Sami przynoszą na szkolną stołówkę sól albo cukier.  A chyba nie o to chodzi. Drobnymi krokami można osiągnąć zdecydowanie więcej. Niestety wszystko musi się dziać na "hura". 31 sierpnia była jeszcze słodka herbatka i naleśniki. Od 1 września chleb razowy i woda.

I żebyście mnie źle nie zrozumieli. Jestem jak najbardziej za zdrowym odżywianiem. Bałam się właśnie tego niezdrowego żywienia, kiedy Jagoda poszłaby do przedszkola. Nie solimy, ograniczamy cukier, Jagódka pije tylko wodę. Tylko jak rozejrzę się w około to niewiele jest takich dzieci jak ona i  rodziców analizujących, co dają dziecku do jedzenia. Wiele razy słyszałam, że wymyślam, że odbieram jej smak dzieciństwa, że nikt od słodkiego nie umarł (czyżby?) itd. Dodatkowo jako nauczycielka w przedszkolu widzę problem od środka. Zmianom mówię tak. Ale zmianom radykalnym i bez odpowiedniego przygotowania mówię nie.

Zdjęcie: kobieta.onet.pl

6 komentarzy:

  1. Nie trzeba mieć profesury, żeby wiedzieć, że był to poroniony pomysł. Podstawowe prawo ekologii Liebiega mówi o tym, że przesada zarówno w jedną jak i w drugą stronę (min-max) jest zła. Zamiast wprowadzania zasad, które wyrządzają tak naprawdę szkody, lepiej było zafundować dzieciom edukacyjne lekcje zdrowego odżywiania czy nawet kulinarne pokazy jak przygotować zdrowe potrawy. Czy ruszenie głową jest aż tak trudne?

    OdpowiedzUsuń
  2. Miało być tak pięknie a wyszło jak zwykle..Polska krajem absurdów płynąca niestety.
    Zgadzam się całkowicie z Twoimi argumentami za spartolonym potencjałem tej żywieniowej rewolucji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A najgorsze, że sama rewolucja jest potrzebna. Tylko nie tak..

      Usuń
  3. Zgadzam się z każdym słowem. Jestem w liceum i wszyscy "uciekaliśmy" do sklepu, wiadomo że jeśli coś by się stało to nauczyciele biorą odpowiedzialność, niektórzy podjeżdżali samochodami do Lidla i robili zakupy dla całej klasy. Teraz grożą nam skreśleniem z listy uczniów za wyjście ze szkoły i postawili nam automat z: wodą, Kubusiem, mieszanką studencką, ciastkami (bez smaku), kawałkami jabłka o smaku truskawkowym i karmelowym (!!!), jakimiś batonami bez smaku i nie mogło zabraknąć wafli ryżowych. Wszystko jest obrzydliwe i strasznie drogie! Jeśli chodzi o przedszkole to na przykładzie jednego które dobrze znam, to wiem że tam było zdrowe jedzenie, codziennie inne pełnoziarniste pieczywo, zupy krem, ciasta za które dałabym się pokroić, po prostu porządne posiłki, nie taki koszmar z jakiego słyną przedszkola, wszyscy je chwalili...teraz jest masakra... independentgirl98.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już się ludzie śmieją, że niedługo słodycze w szkołach będą sprzedawane jak narkotyki. Z tego co piszesz powoli się tak dzieje..

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...