środa, 5 marca 2014

Gdy natura zawodzi..

Niestety, u mnie natura zawiodła. A przynajmniej tak mi powiedziano, bo sama nie wiem do końca jak było.

W środę 29 stycznia z samego rana stawiliśmy się z mężem na izbie przyjęć z otrzymanym u ginekolog dzień wcześniej skierowaniem. Przez całą ciążę wmawiałam sobie, że najważniejsze jest pozytywne nastawienie, a więc ani przez chwilę nie wątpiłam, że będę karmić piersią. Podobnie było z porodem. Oczywiście, że urodzę naturalnie! Z takim właśnie nastawieniem i z przekonaniem, że dziś wezmę maleństwo w ramiona, pojawiliśmy się w szpitalu. W końcu przyjechałam na wywołanie.
Formalności, czekanie, kolejne formalności. W końcu dostałam łóżko na sali i koszulę do porodu. Miałam się szybko przebrać i na porodówkę. Byłam przeszczęśliwa. Pomyślałam, że oto zaczyna się dziać. Przecież idę na porodówkę! Dostałam łóżko na dwuosobowej sali porodowej, na której inna kobieta od dwóch godzin leżała pod oksytocyną. Po chwili i mi podłączono ten specyfik. Byłam przekonana, że się uda. Kobieta obok miała coraz częstsze skurcze, szwagierka dwa tygodnie wcześniej urodziła synka godzinę po podaniu oksytocyny.. Uda się i mi! Może nie w godzinę, ale na pewno za kilka godzin moja córeczka będzie już na świecie.
Kazali nam liczyć skurcze i ich długość. Więc liczyliśmy choć skurcze były lżejsze niż bóle miesiączkowe.. Ale jakieś były! Cały czas wierzyłam, że się rozkręci. I wtedy moja ginekolog zabrała mnie na badanie. Najpierw usg. Powiedziała, że dziecko jest większe niż wyszło na usg wczoraj. Gdy spytałam ile, bo jeśli ma ponad 3,5kg to się załamię (ja drobna kobietka o wzroście 155cm), odpowiedziała, że właśnie dlatego nie powie mi ile wyszło. Wiedziałam więc, że dziecko ponad 3,5kg i moje szanse na naturalny poród są coraz mniejsze.. Przeszłam na fotel. Rozwarcie 2cm. Tyle samo, co dzień wcześniej. Powiedziała, że dzisiaj nie urodzę i jutro spróbujemy ponownie, ale mam jeszcze trochę poleżeć z tą kroplówką.. Spytałam, co jeśli jutro też oksytocyna nie podziała, a ona odpowiedziała, że mają na to sposoby.
Wróciłam do męża prawie płacząc, że mi się nie udało, że bez sensu chodzę po tym korytarzu, że i tak dzisiaj nie urodzę. Stres spowodował, że skurcze całkiem ustały, a ja pogrążałam się w coraz większej beznadziei. Mówiłam do męża, że skoro oksytocyna nic nie daje, to po co jutro próbować ponownie, dlaczego nie zrobią mi cesarskiego cięcia dzisiaj. Ja chcę dzisiaj!
Ale w środę się nie udało. Poleżałam/pochodziłam z kroplówką do 13. Położna kazała mi iść na salę, a mąż został wysłany do domu (w szpitalu nie ma możliwości odwiedzin i wchodzenia gości, w tym męża na salę).
Reszta dnia upłynęła mi na zamartwianiu się, czy jutro się uda, a jeśli nie, czy zrobią mi cesarkę? Czy będą kazali mi zostać w szpitalu kolejne dni i będziemy czekać na skurcze (tak właśnie zrobili z dziewczyną, którą poznałam na korytarzu)? Pełna niepokoju dotrwałam do rana. Na obchodzie ordynator spojrzał na mnie, spytał o wzrost i zadecydował o cesarce. Ale nie od razu. W papierach musi być powód, więc podłączyli mnie znów pod oksytocynę. Pojawiły się skurcze! I to jakie. Co dwie minuty, trwające po 30 sekund. Cała oszołomiona, bo już nastawiona na cesarskie cięcie, pomyślałam, że może to jakaś ironia i jednak urodzę naturalnie. Moja ginekolog zbadała mnie i okazało się, że rozwarcie nadal 2cm. No może 3.. Do dziś nie wiem, czy rzeczywiście tak było, czy tylko mi tak powiedziała. Myślę, że ani przez chwilę nie planowała, żebym urodziła córkę naturalnie.
A więc cesarka! Ale, że operacji i zabiegów w tym dniu było dużo musiałam czekać. Zabrali mnie dopiero po 13..
Sądziłam naiwnie, że cesarskie cięcie nie boli. Że rozetną mi brzuch, wyjmą dziecko, zszyją mnie i dopiero później będę cierpieć z powodu rany. Co za optymistyczne i niezgodne z prawdą myślenie! Nic nie bolało tak, jak cesarka. Czułam wszystko. Każde nacięcie (poszerzane 3 razy, bo nie mogli wyjąć małej). Moja ginekolog ciągnęła małą, ordynator dusił na mój brzuch, a ja czułam jakby ktoś wyrywał mi wnętrzności! Anestezjolog głaskał mnie po twarzy i powtarzał, że już tylko chwilę. Wreszcie pojawiła się ona. Moja Jagódka. Krzycząca w niebogłosy. Jak tylko zobaczyłam, że już jest na świecie zaczęłam płakać. Położna przyniosła mi ją pokazać. Była piękna, rudowłosa.. :) 56cm, 3710g!

Wielokrotnie czytałam i wysłuchiwałam opinie dziewczyn po cesarce, które opowiadały, że przez to, że nie rodziły naturalnie czuły się gorsze. Że miały wrażenie jakby ktoś wyrwał z nich dziecko. Ja tak nie czułam. Moja Jagódka była już na świecie! Cała i zdrowa. Nieważne jakim sposobem się na niego dostała. Owszem, żałowałam, że nie było mi dane przeżyć naturalnego porodu i że jest to piękne, wzruszające doświadczenie, którego już pewnie nigdy nie doświadczę. Żałowałam, że mąż nie był wtedy przy mnie. Żałowałam, że nie położyli mi jej na piersi tylko od razu zabrali. Ale jednak szczęście i ulga, że jest już na świecie dominowała. Po dwóch godzinach, z racji, że na zmianie była znajoma położna, przyniosła mi małą i pierwszy raz przystawiłam ją do piersi. Wtedy naprawdę poczułam, że jestem mamą..

5 komentarzy:

  1. Pięknie! Pięknie, bo od razu bije miłość z tego wpisu, a czy wywoływany czy nie, czy cesarka czy naturalnie? Co to za różnica?! Szczęście jakie przychodzi wraz z dzieckiem jest takie samo!

    OdpowiedzUsuń
  2. Święta prawda. Nieważne jak ,ważne ,że jest już z nami. Szkoda,że ja tyle czasu niepotrzebnie się zadręczałam.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...