Mówili mi, że jestem przewrażliwiona. Że nie mam na co wydawać pieniędzy. Mi monitor oddechu wydawał się czymś niezbędnym. Myślałam "te 400zł jest niczym jeśli może uratować życie mojemu dziecku". Wczoraj w nocy uratowało..
O 5 rano zbudził mnie wydobywający się z monitora co dwie sekundy dźwięk. Jeszcze bez paniki pobiegłam do łóżeczka. W końcu to nie był ciągły, przeraźliwy alarm informujący o tym, że dziecko nie oddycha. Chwilę zajęło mi rozpoczęcie trzeźwego myślenia po wybudzeniu. Nie pamiętałam dokładnie, co taki przerywany sygnał oznacza. Znalazłam instrukcję i zamarłam. Migająca czerwona kontrolka i wydobywający się co 2 sekundy dźwięk oznacza, że oddech dziecka trzykrotnie został przywrócony po wysłanej przez monitor wibracji. Moje dziecko trzy razy w nocy przestało oddychać!
Nie słyszałam nic, choć budzę się na każde jej jęknięcie. Nie uwierzę więc w zapewnienia mam, że gdyby coś się działo to zdążyłyby się obudzić. Bezdech jest cichy. Przerażająco cichy.
Nie wiem, czy wczorajsza sytuacja jest winą katarku, jaki mała ma od tygodnia, czy zaczyna się dziać coś złego. Dzisiejsza noc na szczęście minęła nam szczęśliwie. Mam nadzieję, że kolejne też takie będą. Że to tylko jednorazowe.. Choć jestem przerażona.
Wydawało mi się, że bezdech jest problemem niszowym. Że zdarza się niezwykle rzadko. Do czasu aż przeczytałam poświęcony temu post na makóweczkach i zobaczyłam historie mam, których monitory oddechu wydawały przeraźliwe dźwięki informujące, że dziecko przestało oddychać. Do czasu aż nasz monitor się odezwał..
Monitory oddechu są drogie. Ale mogą okazać się bezcenne. Na rynku są ich dwa rodzaje. Mobilne, montowane przy pieluszce (my taki posiadamy) oraz maty montowane w łóżeczku. Ciężko ocenić, który z nich jest lepszy. Ale każdy z nich może uratować życie naszych dzieci.
niedziela, 13 kwietnia 2014
wtorek, 25 marca 2014
Niech się wypłacze..
Jako pedagożka poznałam wiele różnych, często skrajnych, koncepcji wychowania. Zawsze bliżej mi było do tych związanych z rodzicielstwem bliskości, choć nigdy nie chciałam być fanatyczką i pewne rzeczy z góry odrzuciłam. Przed narodzinami Jagody obgadałam temat z mężem i okazało się (co rzadko się zdarza), że pogląd na wychowanie mamy podobny. Pomyślałam: super! Przynajmniej nie będzie zgrzytów. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że większość osób ma pogląd zupełnie inny.
Słyszę: nie noście, później sobie nie poradzicie.
Zgodnie z rodzicielstwem bliskości dziecko jest za małe by się do tego przyzwyczaić i wykorzystywać to w przyszłości. Jak mogę zostawić moją zanoszącą się płaczem i robiącą się siną córeczkę w łóżeczku i jej nie nosić? Ale okazuje się, że są matki, które nie noszą.
Słyszę: niech się wypłacze.
Według współczesnej psychologii płacz jest sygnałem od dziecka, że coś jest nie tak, czegoś potrzebuje. Słyszę czasem, że dziecko wymusza, żeby wziąć je na ręce, ale przecież dziecko nigdy nie płacze bez powodu! Jeśli uspokaja się po wzięciu na ręce to najwidoczniej odczuwało właśnie potrzebę bliskości. Zgodnie z rodzicielstwem bliskości dziecko jest za małe, by rozumieć, że płaczem można manipulować. Nigdy nie zostawiam Jagody by mogła się wypłakać. Ale też nie biegnę do łóżeczka na dźwięk każdego jęknięcia.
Słyszę: nie trzymaj jej pod kloszem.
Ale jak mogę nie trzymać pod kloszem takiego maleństwa? Być może jestem nienormalna, że nie jeździłam z dwutygodniowym noworodkiem po rodzinie i znajomych. Nie zrobiłam tego wtedy i nie robię tego nadal. Co innego odwiedziny u nas w domu, na które pozwalam. Mała jest wtedy w swoim środowisku, w temperaturze, do której jest przyzwyczajona. Nie jeżdżę też z nią po supermarketach, a na spacery nie chodzę do centrum, ale raczej wybieram parkowe alejki, czy obrzeża miasta. Wszystko po to, żeby nie narażać jej na kontakt z wirusami.
Zastanawia mnie, czy rzeczywiście jestem przewrażliwioną matką, która chucha i dmucha na swoje maleństwo? Czy jestem nadopiekuńcza? Czy ktokolwiek może mieć rację przy dylematach wychowania?
A Wy? Jaką drogę wybrałyście w wychowaniu swoich dzieci?
Słyszę: nie noście, później sobie nie poradzicie.
Zgodnie z rodzicielstwem bliskości dziecko jest za małe by się do tego przyzwyczaić i wykorzystywać to w przyszłości. Jak mogę zostawić moją zanoszącą się płaczem i robiącą się siną córeczkę w łóżeczku i jej nie nosić? Ale okazuje się, że są matki, które nie noszą.
Słyszę: niech się wypłacze.
Według współczesnej psychologii płacz jest sygnałem od dziecka, że coś jest nie tak, czegoś potrzebuje. Słyszę czasem, że dziecko wymusza, żeby wziąć je na ręce, ale przecież dziecko nigdy nie płacze bez powodu! Jeśli uspokaja się po wzięciu na ręce to najwidoczniej odczuwało właśnie potrzebę bliskości. Zgodnie z rodzicielstwem bliskości dziecko jest za małe, by rozumieć, że płaczem można manipulować. Nigdy nie zostawiam Jagody by mogła się wypłakać. Ale też nie biegnę do łóżeczka na dźwięk każdego jęknięcia.
Słyszę: nie trzymaj jej pod kloszem.
Ale jak mogę nie trzymać pod kloszem takiego maleństwa? Być może jestem nienormalna, że nie jeździłam z dwutygodniowym noworodkiem po rodzinie i znajomych. Nie zrobiłam tego wtedy i nie robię tego nadal. Co innego odwiedziny u nas w domu, na które pozwalam. Mała jest wtedy w swoim środowisku, w temperaturze, do której jest przyzwyczajona. Nie jeżdżę też z nią po supermarketach, a na spacery nie chodzę do centrum, ale raczej wybieram parkowe alejki, czy obrzeża miasta. Wszystko po to, żeby nie narażać jej na kontakt z wirusami.
Zastanawia mnie, czy rzeczywiście jestem przewrażliwioną matką, która chucha i dmucha na swoje maleństwo? Czy jestem nadopiekuńcza? Czy ktokolwiek może mieć rację przy dylematach wychowania?
A Wy? Jaką drogę wybrałyście w wychowaniu swoich dzieci?
wtorek, 18 marca 2014
Przyjaźnie przed i po dziecku
Kiedyś oglądałam program o tym, że prawdziwym testem babskiej przyjaźni jest moment, gdy jedna z nich zachodzi w ciążę.
Przeszłam taki test 6 lat temu, kiedy moja przyjaciółka urodziła swoją córeczkę. Nie ma już spacerów w każdy piątek, godzinnych rozmów przez telefon, wspólnych zakupów. Właściwie nie ma już żadnej rzeczy, która nas wtedy łączyła. I muszę się przyznać, że na jej ślubie płakałam. Nie tylko ze wzruszenia, ale też dlatego, że czułam, że kończy się coś ważnego. Kończy się „nasz” okres. A mimo to wciąż buzie nam się nie zamykają, kiedy się spotykamy, choć tematy się zmieniły. Mimo to ona zawsze była i jest, gdy jej potrzebuję. Mimo to byłam w czasie jej ciąży, po urodzeniu Ani, wtedy kiedy okazało się, że jest chora, wtedy kiedy zbieraliśmy pieniądze na jej operację, wtedy kiedy kończyła rok, dwa.. Tak, dużo się zmieniło. Ale ani przez chwilę nie przeszło mi przez myśl, by odpuścić. I nigdy nie miałam dość opowieści o kupkach, pieluszkach i kaszkach.
Teraz to ja znalazłam się w roli "tej, której świat się zmienił". Niektóre znajomości trwają nadal, inne zeszły na dalszy plan. I choć nikt mi tego otwarcie nie powiedział, mam wrażenie, że niektóre moje koleżanki mają dość słuchania o dylemacie szczepionkowych, czy kolkach. Choć naprawdę się staram, czasem zauważam, że naprawdę staję się monotematyczna.
Czy zostając mamami naprawdę stajemy się tak sfiksowane na punkcie tego tematu, że świat wokół nie istnieje? Czy kończące się przyjaźnie to wina świeżo upieczonych mam, czy może ich przyjaciółek?
Przeszłam taki test 6 lat temu, kiedy moja przyjaciółka urodziła swoją córeczkę. Nie ma już spacerów w każdy piątek, godzinnych rozmów przez telefon, wspólnych zakupów. Właściwie nie ma już żadnej rzeczy, która nas wtedy łączyła. I muszę się przyznać, że na jej ślubie płakałam. Nie tylko ze wzruszenia, ale też dlatego, że czułam, że kończy się coś ważnego. Kończy się „nasz” okres. A mimo to wciąż buzie nam się nie zamykają, kiedy się spotykamy, choć tematy się zmieniły. Mimo to ona zawsze była i jest, gdy jej potrzebuję. Mimo to byłam w czasie jej ciąży, po urodzeniu Ani, wtedy kiedy okazało się, że jest chora, wtedy kiedy zbieraliśmy pieniądze na jej operację, wtedy kiedy kończyła rok, dwa.. Tak, dużo się zmieniło. Ale ani przez chwilę nie przeszło mi przez myśl, by odpuścić. I nigdy nie miałam dość opowieści o kupkach, pieluszkach i kaszkach.
Teraz to ja znalazłam się w roli "tej, której świat się zmienił". Niektóre znajomości trwają nadal, inne zeszły na dalszy plan. I choć nikt mi tego otwarcie nie powiedział, mam wrażenie, że niektóre moje koleżanki mają dość słuchania o dylemacie szczepionkowych, czy kolkach. Choć naprawdę się staram, czasem zauważam, że naprawdę staję się monotematyczna.
Czy zostając mamami naprawdę stajemy się tak sfiksowane na punkcie tego tematu, że świat wokół nie istnieje? Czy kończące się przyjaźnie to wina świeżo upieczonych mam, czy może ich przyjaciółek?
niedziela, 16 marca 2014
Deszczowy weekend
Oj, ciężki był dla Jagodka ten weekend. Wyjątkowo płaczliwy i marudny. W dodatku pogoda utrudniała wyjście z domu. W sobotę, po przepłakanym całym ranku, wybrałyśmy się na 20-minutowy spacer, dziś zamiast spaceru były otwarte drzwi na werandzie. Zastanawia mnie czy marudzenia Jagody to wynik pogody, czwartkowego szczepienia, kolejnego skoku rozwojowego? Ratowały nas trochę nowo otrzymane (wcześniejsze prezenty na chrzest) karuzela i mata edukacyjna. Dziś dodatkową atrakcją dla naszej małej były odwiedziny jej pierwszej koleżanki Antosi.
Mała wymiana. Ja z Antośką i Monia z Jagodkiem.
Jagodek podczas oszukiwania - wietrzenia w pokoju. Nabrać się nie dała, musiałyśmy wyjść na werandę.
Zefirek tęsknie patrzący przez okno.
sobota, 15 marca 2014
Szczepionkowe zamieszanie
Jagodek skończył w czwartek 6 tygodni. Właśnie tego dnia, 6 tygodni od pierwszego szczepienia, mieliśmy wyznaczony termin kolejnego. I wtedy zaczęła się afera..
Jako pedagożka, świadoma mama itd. zapoznałam się z różnymi argumentami zarówno zwolenników jak i przeciwników szczepień. Rozmawiałam z wieloma mami, przeczytałam ulotki szczepionek. I podjęłam decyzję. Szczepię na NFZ. Tylko na to, co jest obowiązkowe (przynajmniej na razie). Chciałam jednak przesunąć o tydzień, dwa, szczepienie na błonicę, tężec, krztusiec. I to spowodowało aferę.
Kiedy oznajmiłam pielęgniarce od szczepień, że chcę mieć ustalony indywidualny kalendarz szczepień spojrzała na mnie jak na wariatkę. Zaczęła pokazywać rozporządzenia, zawołała babkę z recepcji z ulotką szczepionki biomedu, w końcu obie poszły do pani doktor. Cała trójka zaczęła mi robić wodę z mózgu, tak, że pomimo całej wiedzy, którą zdobyłam w tym temacie poczułam się jak idiotka.
Jagodek wyszedł zaszczepiony i to w dodatku szczepionką 5w1.
Czy istnieje jakaś dobra decyzja w kwestii szczepień? Nie wiem. A jaką Wy podjęłyście?
Jako pedagożka, świadoma mama itd. zapoznałam się z różnymi argumentami zarówno zwolenników jak i przeciwników szczepień. Rozmawiałam z wieloma mami, przeczytałam ulotki szczepionek. I podjęłam decyzję. Szczepię na NFZ. Tylko na to, co jest obowiązkowe (przynajmniej na razie). Chciałam jednak przesunąć o tydzień, dwa, szczepienie na błonicę, tężec, krztusiec. I to spowodowało aferę.
Kiedy oznajmiłam pielęgniarce od szczepień, że chcę mieć ustalony indywidualny kalendarz szczepień spojrzała na mnie jak na wariatkę. Zaczęła pokazywać rozporządzenia, zawołała babkę z recepcji z ulotką szczepionki biomedu, w końcu obie poszły do pani doktor. Cała trójka zaczęła mi robić wodę z mózgu, tak, że pomimo całej wiedzy, którą zdobyłam w tym temacie poczułam się jak idiotka.
Jagodek wyszedł zaszczepiony i to w dodatku szczepionką 5w1.
Czy istnieje jakaś dobra decyzja w kwestii szczepień? Nie wiem. A jaką Wy podjęłyście?
Subskrybuj:
Posty (Atom)






